Felietony

SKIBA W HURCIE I W DETALU - Brać życie hurtem

Środa, 01 lipca 2026
Badania wykazują, że kobiety na stanowiskach piją więcej niż faceci na stanowiskach. Mężczyźni piją dużo bez względu na to, czy zajmują kierownicze stanowiska, czy kopią rowy melioracyjne. Wychodzi na to, że gdy kobieta zmywa naczynia, ma większą szansę zachować trzeźwość, natomiast gdy zostaje dyrektorką, prezeską czy szefową korporacji, łatwiej może ulec pokusie nadmiernego sięgania po alkohol.
Są branże, które piją więcej niż inne, na przykład szewcy. To, że szewcy piją i – jak głosi stereotyp – klną jak szewcy, jest zrozumiałe, bo kto na trzeźwo wytrzymałby zapach kleju do podeszew. Do grup tradycyjnie kojarzonych z piciem należą także murarze. W ich przypadku picie jest wynikiem wieloletniej tradycji jak również ma charakter czysto zawodowy. Facet, który cały dzień spędza przy zaprawie murarskiej, ma moralne prawo solidnie się „zaprawić”. Sporo piją też, podobno, marynarze, bo na statku nimi buja, hodowcy świń, bo między nogami plącze im się żywiec, oraz wędkarze, bo przed połowem muszą „zalać robaka”. Branżami najmniej kojarzonymi z piciem są natomiast księgowi, zbieracze motyli i zawodowi aktorzy porno.

Wśród kobiet najczęściej piją szefowe. Robotnice i rolniczki również piją razem ze swoimi partnerami, ale rzadziej robi się z tego problem. Panie prezeski często starają się zachować dyskrecję, a jak wiadomo, picie w ukryciu i konspiracji bywa bardziej męczące niż słuchanie nagrań debiutantów z Opola czy laureatów Eurowizji.

Podobno najmniej piją karmiące matki, ale kto to wie. Społeczeństwo rodzi się coraz głupsze, więc skądś to musi się brać.   

Angielscy naukowcy wysnuli teorię, że mężowie i żony pozostający w długotrwałych związkach upodabniają się do siebie. Dzielą ze sobą nie tylko pasje, zwyczaje i zachowania, ale także choroby oraz skłonności. Jeśli twoja żona choruje na cukrzycę, ty również możesz w przyszłości zachorować. Jeśli żona ma nadciśnienie, istnieje duże prawdopodobieństwo, że z czasem podzielisz ten problem – niczym biegacze przekazujący sobie pałeczkę w sztafecie.

Te wszystkie romantyczne opowieści o „drugiej połowie” nagle okazują się mieć w sobie ziarno prawdy. Stały partner, z którym dzielimy łóżko i życie, może przejmować także nasze dolegliwości i choroby. Jak pisze Marion Louis z „Madame Figaro”, wynika to przede wszystkim z uwarunkowań środowiskowych i stylu życia, jednak istota tych wspólnych małżeńskich skłonności do określonych schorzeń wciąż pozostaje niewyjaśniona.

Nie są to pocieszające informacje dla tej grupy kobiet, które chcą wyjść za mąż za szewców, murarzy czy marynarzy, bo oznaczałoby to, że podobnie jak oni również one są skazane na pijacki los. Problem ten dotyczy także tej nielicznej grupy mężczyzn, których żony zajmują wysokie stanowiska. Wydawałoby się, że mając w domu świetnie zarabiającą panią prezes, można być po prostu szczęśliwym gospodarzem domowym. Nic z tego, domatorze! Twoja dynamiczna, ambitna i walcząca o sukces zawodowy pani prezes prędzej czy później może odczuć stres związany z pracą, a wraz z nim nabrać ochoty na szklaneczkę whisky. A gdy szklaneczka od czasu do czasu zacznie zamieniać się w kolejne porcje alkoholu, ani się obejrzysz, a sam z pogodnego domatora zmienisz się w jej kompana do wieczornych toastów.

Wyniki badań angielskich naukowców dotyczących wzajemnego upodabniania się małżonków są więc okrutnym argumentem przeciwko stałym związkom. W opinii uczonych i tak dobrze, że partnerzy, żyjąc razem, upodabniają się do siebie, a nie do swoich koszy na śmieci czy wózków widłowych. Podobno ci, którzy zgodnie żyją w jednym związku, cieszą się dłuższym życiem. Z wyjątkiem sytuacji, gdy jedno z partnerów zmaga się z poważniejszymi problemami zdrowotnymi. Okazuje się, że można sobie przekazywać nie tylko pozdrowienia czy numery telefonów. Mieszkając pod jednym dachem, można dzielić także skłonność do depresji, zwiększone ryzyko niektórych chorób, a nawet podatność na dolegliwości wynikające ze wspólnego stylu życia.

Co robić, aby uniknąć tych wszystkich okropieństw? Są dwa wyjścia. Pierwsze jest mało romantyczne, ale skuteczne. Przed związaniem się z kimś na dłużej należałoby poprosić o okazanie aktualnych badań, karty zdrowia czy książeczki szczepień. Osoby szczególnie przezorne mogą wręcz zażądać od przyszłych partnerów zdjęć rentgenowskich, wyników EKG, badań krwi, poziomu cholesterolu, a nawet – dla pewności – badania poziomu zawartości bułki tartej w mózgu. Zanim pogadasz z jej teściową, lepiej pogadaj z jej lekarzem.

Drugie rozwiązanie to częste zmiany partnerek lub partnerów i niewiązanie się z nikim na dłużej, poza niewinnymi domowymi zwierzętami, takimi jak pies, kot, kanarek czy rybki w akwarium. Rozwiązłość mogłaby więc – przynajmniej według tej przewrotnej logiki – okazać się czynnikiem chroniącym nas przed wieloma niebezpieczeństwami kryjącymi się w organizmie stałego partnera.

Człowiek to jednak istota stadna, która lubi towarzystwo. Dobre towarzystwo na ogół nie jest jednak towarzystwem ubezpieczeniowym. W życiu jakoś się ubezpieczyć trzeba, a żeby nie być samotnym jak palec lub policjant, któremu uciekł ostatni radiowóz, można kupić sobie zwierzaka.

Zbyt częste przebywanie ze zwierzętami także może mieć na nas zgubny wpływ. Wielu właścicieli psów z czasem upodabnia się do swoich podopiecznych. Odszczekują się sąsiadom, po wypłacie zdarza im się chodzić na czworakach, a w łóżku potrafią być równie entuzjastyczni jak ich pupile.

Wygląda więc na to, że zdrowiej żyć bez stałego partnera i bez zwierzaka, ale za to z drinkiem i telewizorem. Oto paradoksalny przepis na szczęśliwe życie: umiarkowana rozpusta i langusta.

Krzysztof SKIBA




tagi: Krzysztof SKIBA , rynek spożywczy , sprzedaż , handel , konsument , FMCG , hurt , detal , produkty spożywcze , nowości , przemysł spożywczy , sieci handlowe , sklepy spożywcze ,